Wtedy – przypomnijmy – ceną za taki deal było oddanie Sowietom połowy Europy. Poza tym epizodem – zawsze byli wrogo do siebie nastawieni. W końcu chodziło o rywalizację w panowaniu nad światem, a to śmiertelne zawody.
Teraz mamy sytuację wyjątkową. Świat rozwodzi się nad upadkiem Ameryki, utratą najważniejszej waluty w pokojowych stosunkach międzynarodowych – jej wiarygodności. Zdjęcia i filmy z Afganistanu robią wrażenie, jest to nagła, manichejska zmiana. Pozostawione ofiary na pastwę, konkretni, zdradzeni (po raz kolejny) ludzie, którzy zawierzyli amerykańskim deklaracjom. Ale to już się zaczęło wcześniej, tylko bez takich spektakularnych scen. Z Polski, Ukrainy odleciały podobne, tylko że wirtualne transportowce, a Johnny Walker oddalił się na Zachód, uchylając rondo kapelusza.
USA, za prawdopodobną deklarację neutralności Rosji w konflikcie z Chinami, zdecydowały się zapłacić cenę, redukując swoje zaangażowanie na jednej z flank. Piszę „prawdopodobną”, bo może być tak, że Stany niczego konkretnego od Rosji nie uzyskały. Tą ceną, jeżeli oczywiście znamy ją w całości i w rozciągłości czasowej, jest umocnienie Rosji i powrót do podziału wpływów w Europie rozdzielonej pomiędzy strefę niemiecką i rosyjską. Praktycznie na linii Curzona. To oznacza złe wieści dla Ukrainy. Dla nas o tyle dobre, że nie popadniemy w strefę rosyjską tylko niemiecką. Ale nie ma z czego się cieszyć. W mediach widać coraz bardziej gorzkie refleksje o zmarnowanych 30 latach III RP, które nie poszły na budowanie swojej siły, ale na zawierzeniu podwieszeniu pod Zachód, który nie okazał się ani stabilny, ani jednolity. Ale te rozważania to nie miejsce na dzisiejszy wpis.
Najgorsze, że taki wirtualny odlot Amerykanów z warszawskiego lotniska pozostawia nas z Rosją, tak jak tamtych z Talibami. Niemcy nas przed Rosją nie ochronią, co najwyżej będą ją obłaskawiać… następnymi dealami. Najczęściej naszym kosztem. Najgorszym efektem tego ruchu Waszyngtonu jest dla nas przywrócenie Rosji do europejskiego stołu decyzyjnego. Proces ten trwał już od dłuższego czasu. Putin cierpliwie kontynuował przebijanie się do tego grona, mając naprzeciwko zmieniające się co cztery lata tabuny demokratycznych przedstawicieli państw europejskich wraz ze zmienną ich strategią wobec Moskwy i Europy.
Trzeba pamiętać, że nasze losy były ściśle związane z tym procesem. To znaczy w międzywojniu i latach 1990-2000 dało się utrzymać Rosję poza rozdaniami europejskimi i wtedy Polska korzystała. Za to widać jak od wielu wieków traciliśmy, kiedy Rosja miała coś do powiedzenia na Starym Kontynencie. Wtedy nas przy takich stołach nie było. Nawet czasami nie było nas na mapie. Myślę, że ten proces po 1090 roku zaczął się wtedy, kiedy w przypadku kryzysu na Ukrainie nie zostaliśmy zaproszeni do żadnych formatów. Za to Rosja – do każdego.
Teraz ta sytuacja będzie się pogłębiać. My tam nie jesteśmy codziennym zmartwieniem prezydentów USA, ale nie wiem czy oni o tym wiedzą. Nie tylko, że to nas wypiera, ale że Rosja przy europejskim stole to jej umocnienie i osłabienie Europy, nie tylko Polski, czy regionu Europy Środkowo-wschodniej. I że ta decyzja wcale nie przyniesie spokoju na tej flance amerykańskich zainteresowań.
Powiedzmy, że USA szykują się do konfliktu z Chinami i zamykają wszystkie inne fronty, nawet za cenę afgańskiego blamażu. Ale to nie umocni ich hegemonii, przeciwnie – rozbudzi rachuby innych pretendentów, choćby tylko do lokalnego przywództwa w swoim regionie. Amerykanie stracili na wiarygodności, jako partner, na którym można polegać. Teraz został im już tylko dolar, który też nie jest nie do ruszenia. No i jak sobie USA wyobrażają taki konflikt z Chinami? Gospodarczo, militarnie? I jakich sobie dobiorą do tego konfliktu sojuszników? Rosję, która będzie siedziała na płocie i się przyglądała, czyli korzystała w każdym scenariuszu? Niemcy, Wielką Brytanię? Nawet – symbolicznie – Polskę? Czasy montowania koalicji skończyły się dla USA bezpowrotnie. Kiedyś „wypadało” się przyłączyć, by dowieść deklaracji sojuszniczych wobec imperium. Ale co będzie ze wsparciem byłego, słabnącego hegemona, który może się w dodatku tak odwdzięczyć jak Afgańczykom, Kurdom, czy Wietnamczykom?
Wynik poszedł w świat. Ale w naszym grajdołku wychodzi, że ceną jaką zapłacimy będzie szczęśliwe, acz gorzkie poddanie się wpływom niemieckim. A opcja niemiecka oznacza automatycznie łykanie wszystkiego co nam nakaże Unia. Takie to będzie „najlepsze” wyjście. Bo o tym, by w szybkim czasie wybudować swoją siłę możemy chyba tylko pomarzyć. Skoro nie wykorzystaliśmy swojej szansy w czasie w miarę spokojnych 25 lat III RP na dorośnięcie do minimum sprawczości, to nie ma się co łudzić, że zrobimy to szybko i teraz, w podzielonym na pół kraju.
Dziś Rosja z pomocą USA wraca do europejskiego stołu, zasłanego w dodatku niemiecką zastawą. A nas przy nim nie będzie. Pracowaliśmy na to ciężko przez całą III RP…
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
