Gdy 1999 r. samoloty NATO rozpoczęły bombardować Serbię, a w 2008 r. pod egidą NATO Kosowo proklamowało niepodległość, dokonując secesji od tejże Serbii, cały „demokratyczny świat” był w euforii. Kiedy w 2014 r. na Krymie pojawiły się „zielone ludziki”, czyli pozbawieni naszywek wskazujących na pochodzenie rosyjscy żołnierze, to „demokratyczny świat” był oburzony agresją. Gdy w 2022 r. żołnierze rosyjscy – już z naszywkami – wjechali czołgami na Ukrainę, to ci sami ludzie oburzali się moralnie. Gdy na początku stycznia Amerykanie siłą uprowadzili prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, też panował entuzjazm, gdyż „dobrzy” porwali „złego”. Lecz gdy pojawiła się sprawa ewentualnej aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone, ci sami Europejczycy dostrzegli czyste zło.
Dlaczego wymieniam wydarzenia, których pozornie nic nie łączy? Dlatego, że układają się w logiczną całość w postaci kolejnych aktów deptania obowiązującego prawa międzynarodowego. Jego podstawą jest kilka dogmatów: 1) formalna równość wobec prawa wszystkich suwerennych państw, bez względu na ich potencjał i sposób odbioru władz; 2) nienaruszalność istniejących granic; 3) nietykalność głów państw, nawet jeśli to politycy uznawani przez inne państwa za wrogów.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
