Dla wielu wyborców Karola Nawrockiego największym jak dotąd zawodem było podpisanie przez niego pod koniec grudnia ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego, wprowadzającej drakońskie i bezzasadne kary dla kierowców. Ustawa penalizuje także – co brzmi już jak wyjęte wprost ze skeczu Monty Pythona – zgromadzenia ponad 10 pojazdów, których celem jest omawianie ich cech lub modyfikacji. Co prawda, wobec fali krytyki prezydent skierował raptem dwa zapisy ustawy do kontroli następczej Trybunału Konstytucyjnego, ale było to gaszenie pożaru wobec reakcji części jego własnych wyborców. TK jest dysfunkcjonalny, a wniosek nie dotyczył tego, co w ustawie najbardziej skandaliczne: kar pozbawienia wolności za przekroczenie prędkości bez spowodowania wypadku. (Skandalicznych i nadmiarowych kar jest w tej ustawie więcej, ale nie o niej jest ten tekst).
Wielu wyborców Nawrockiego uznawało zapewne, że weto jest tutaj oczywiste. Kto jednak uważniej obserwował nową głowę państwa przez prawie pięć miesięcy urzędowania, ten mógł już nie być taki pewien.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
