Radosław Wojtas: Pierwszym językiem, który słyszał pan w domu, była gwara podhalańska. W pańskim pokoleniu, czyli dzisiejszych 30-latków, każde dziecko na Podhalu mówiło najpierw po góralsku?
Dr Tomasz Łuszczek: W moim pokoleniu to była norma. Pochodzę ze wsi Dzianisz w gminie Kościelisko. Zarówno u nas, jak i w sąsiednim Witowie czy szerzej, na tzw. Skalnym Podhalu, standardem było, że pierwszym, natywnym językiem była gwara podhalańska. W tamtych czasach ewenementem był ten dzieciak, który nie mówił gwarą. Takie dzieci bywały wręcz wytykane palcami przez rówieśników.
Teraz jest inaczej?
Zupełnie inaczej. Dziś sytuacja się odwróciła. Nie mam twardych danych procentowych, ale strzelałbym, że ok. 70 proc. dzieciaków, zwłaszcza tych najmłodszych, nie posługuje się już góralszczyzną na co dzień. One ją rozumieją, bo rodzice – czyli roczniki z lat 80., 90. i młodsi – mają to we krwi. Ale dzieci urodzone w poprzedniej i obecnej dekadzie wychowują się już w świecie zglobalizowanym i zdigitalizowanym. Zaczynają edukację od przedszkola, gdzie nie mówi się do nich po góralsku, więc mają regularną styczność z językiem ogólnopolskim od drugiego roku życia, do tego dochodzą Internet, Netflix...
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
