Opowiem wam o Iranie

Opowiem wam o Iranie

Dodano: 
Teheran. Zdj. ilustracyjne
Teheran. Zdj. ilustracyjne Źródło: PAP/EPA / ABEDIN TAHERKENAREH
Waldemar Żyszkiewicz Nie będzie to jednak ani diabolizująca państwo Ariów narracja z  perspektywy imperium Stanów Zjednoczonych, które pretendują do arbitralnego narzucania swych porządków w każdym zakątku globu. Ani też wizja odpowiadająca obecnym władzom Państwa Żydowskiego, jawnie aspirującym do budowy Wielkiego Izraela jako podmiotu politycznego o statusie regionalnego mocarstwa na Bliskim Wschodzie.

Islamska Republika Iranu – nieoficjalnie Iran – dawniej znana jako Persja, leży w położonej najbardziej na zachód południowej części kontynentu azjatyckiego. W polskiej terminologii zwykle określa się ten region mianem Bliskiego Wschodu. Z powierzchnią sięgającą 1 650 000 km kw. oraz populacją liczącą prawie 92,5 miliona mieszkańców (dane z roku 2025) republika irańska – zarówno pod względem swego obszaru, jak i liczby ludności – jest 17. państwem świata. A szóstym, co do wielkości, w samej Azji.

Ćwierć miliona Żydów w Iranie

Iran to dość rozległy kraj, o terytorium w znacznej części górzysto-wyżynnym, z dolinami na wybrzeżach obmywanych od zachodu i południa przez wody zatok Perskiej i Omańskiej, od północy przez wody Morza Kaspijskiego, które pozostaje w istocie największym, choć słonym jeziorem świata. Całkowita długość linii brzegowej przypadającej w udziale Islamskiej Republice Iranu wynosi 3180 km, a długość jej granic lądowych z państwami sąsiednimi – odpowiednio 5440 km. Ludność Iranu stanowi prawie jedną trzecią populacji USA, nie jest to zatem jakieś małe, niepoważne państewko, które bezkarnie można najechać i zdobyć w blitzkriegu. Owszem, zawsze pozostaje jeszcze bezpieczna forma wojny na odległość: bombardowanie miast, ostrzał rakietowy, niszczenie infrastruktury i zasobów potrzebnych do przetrwania ludności, ale trochę trudno nazwać to misją pokojową, operacją stabilizacyjną czy wdrażaniem cywilizacyjnych standardów w imię praw człowieka.

Ludność współczesnego państwa irańskiego to swoista mozaika etniczno-religijna, w dodatku niejako dwuwarstwowa. Sam rozkład etniczno-narodowościowy przedstawia się następująco: Persowie stanowią 65 proc. populacji, Azerowie – 16 proc., Kurdowie – 7 proc., Lurowie – 6 proc., Arabowie i Beludżowie po 2 proc.. Na pozostałe dwa procent składają inni, w tym tradycyjnie Żydzi, wręcz dumni z tego, że to właśnie perski cesarz Cyrus Wielki wyzwolił ich z niewoli babilońskiej i umożliwił powrót do ojczystych krain.

Ciekawe dane o społeczności żydowskiej i warunkach jej życia we współczesnym państwie irańskim podaje Dan Kovalik w książce Spisek przeciwko Iranowi, czyli jak USA niszczą wolne państwo, opublikowanej przez wrocławską oficynę Wektory. Żydzi w Iranie – ich społeczność ocenia się na ćwierć miliona osób – są zarejestrowaną mniejszością z prawem do swobodnego praktykowania własnej religii. W Teheranie jest 20 synagog oraz 5 koszernych rzeźni. Potwierdził to przewodniczący Teherańskiego Stowarzyszenia Żydów dr Siamak Moreh-Sedegh, lekarz, urodzony w religijnej żydowskiej rodzinie w Sziraz w roku 1965. Wybrany następnie do Madżlisu, irańskiego parlamentu dziesiątej kadencji, dr Moreh-Sedegh ocenił w wywiadzie dla Deutsche Welle (2017), iż Żydom w Iranie zwykle żyło się lepiej niż Europie, gdzie zwłaszcza dziś dba się często bardziej o prawa zwierząt niż o prawa ludzi, choćby zakazując koszernych ubojni.

– Osobiście na przykład pracuję w żydowskim szpitalu, ale 95 proc. pacjentów i pracowników to muzułmanie. Zabrania się tu wypytywać o czyjąś religię, a nad wejściem do naszej placówki wisi fragment z Tory: Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany – mówił żydowski parlamentarzysta z Madżlisu. I uzasadniał swe stanowisko: – Jestem Irańczykiem – modlę się po hebrajsku, potrafię mówić po angielsku – ale myślę wyłącznie po persku. Uważam, że jest ogromna różnica między narodowością a religią, nie przeczą one sobie wzajemnie. Nie rozważam wyjazdu za granicę, a już na pewno nie do Izraela, bo sądzę, że idea, jakoby wszyscy Żydzi powinni mieszkać w jednym miejscu, wywodzi się z przekonania, że jesteśmy inni od reszty ludzkości. Tymczasem ja sądzę, że jesteśmy tacy sami.

Starożytny kobierzec etniczno-religijny

Wspomniałem wcześniej, że mozaika religijno-etniczna jest niejako podwójna. Otóż współcześni Persowie, naród stanowiący blisko dwie-trzecie tkanki społecznej współczesnego Iranu, wywodzą się od indoeuropejskich Ariów, którzy – jak wynika z obecnego stanu badań – przybyli na te tereny w II tysiącleciu p.n.e. Lud Parsua (Grecy od niego wywiedli później nazwę Persja) w VIII wieku przed Chrystusem opanował rejon gór Bachtiari / Parsumasz, na zachód od obecnego Isfahanu. W wieku następnym Achemenes dał początek dynastii, która wzięła swe miano od jego imienia.

Achemenidom wiodło się raz lepiej, raz gorzej, syn założyciela dynastii opanował tereny Parsua, ale pod koniec VII wieku tereny ludu Parsua stały się częścią królestwa Medów. Dopiero w roku 550 p.n.e. Cyrus II Wielki w sojuszu z królem nowobabilońskim zdobył stolicę Medów Ektabanę i podporządkował sobie cały Iran, Armenię oraz część Anatolii, tworząc rozległe imperium perskie. Państwo podzielono na satrapie – wielkie okręgi administracyjne, takie jak Babilonia, Syria, Lidia, Media, Armenia.

Za panowania Dariusza I z bocznej linii Achemenidów, który rządził przez 36 lat, udoskonalono podział na satrapie, oddzielono władzę cywilną satrapów od dowództwa wojskowego, rozbudowano słynny system poczty i dróg królewskich łączących stolice państwowe – Babilon, Suzę i Ektabanę – z kresami imperium. Stworzono system monetarny oparty na złocie i srebrze. Rozpoczęto budowę rezydencji królewskich w Suzie i Persepolis. To był okres rozkwitu staroperskiej architektury i sztuki. Dariuszowi udało się nawet przyłączyć część Indii i Trację, nic dziwnego, że nazwano go Wielkim.

Liczące sobie ponad dwa i pół tysiąca lat państwo perskie, o historii dziesięć razy dłuższej od państwowości Stanów Zjednoczonych, przechodziło różne koleje losów. Dariuszowi Wielkiemu nie udało się podporządkować sobie Greków, natomiast Aleksander Macedoński około połowy czwartego wieku p.n.e. podbił imperium Achemenidów. Jego dzieło starali się kontynuować greccy Seleucydzi, jednak okres hellenistyczny nie trwał w dziejach Iranu długo, w przeciwieństwie do nadanych im właśnie przez Greków nazw: Persja i Persowie.

Wędrujące przez kontynent w stronę irańskiego płaskowyżu starożytne ludy indoeuropejskie, bitne i ekspansywne, zakładały kolejne królestwa, Ariowie, nieraz mieszając się z etnikami wcześniej osiadłymi na podbitych terenach, zarówno wnosili coś od siebie, jak i przejmowali miejscowe zwyczaje, sposoby gospodarowania, języki czy religie. Taka mozaika etniczno-plemienno-religijna stawała się podłożem do naturalnej niejako, bo warunkującej współistnienie tolerancji w klasycznym rozumieniu tego terminu.

Raport z nory szpiegów versus Mike Pompeo

Na tereny irańskie od wschodu tzw. Jedwabnym szlakiem płynęły nie tylko towary, ale i wierzenia, idee, religie, takie jak zaratusztrianizm, manicheizm, a nawet buddyzm. Irańskie królestwo Partów przez blisko trzysta lat rywalizowało z Rzymem, ale w 224 roku naszej ery przegrało niejako z wewnętrzną opozycją, czyli nowo założoną przez Ardaszira dynastią Sasanidów. Sasanidzi z Sziraz, którzy władali Persją ponad czterysta lat, religią panującą w swym imperium uczynili zaratusztrianizm, sekując na przykład pokrewny mu manicheizm. Wraz z podbojami terytorialnymi (Mezopotamia, Syria) w państwie Sasanidów pojawiła się potrzeba uregulowania stosunków między wyznawcami różnych religii, w tym zwłaszcza z chrześcijanami, którzy – jako kupcy czy rzemieślnicy – stanowili będącą przedmiotem zazdrości zamożniejszą warstwę społeczną.

Bizantyjski cesarz Arkadiusz napisał do Jezdegerda I list z apelem o zaprzestanie prześladowań religijnych wobec chrześcijan w Iranie. Szach Jezdegerd, wspominany w tradycji jako władca surowy, przejawiał jednak postawę tolerancji religijnej, toteż zwołał synod duchowieństwa chrześcijańskiego i utworzył Kościół Perski jako część struktury państwowej. Niewykluczone, że współcześni Irańczycy byliby w sporej części chrześcijanami, gdyby nie najazd muzułmański na Persję i upadek imperium Sasanidów w połowie VII wieku naszej ery. Sto lat później, około roku 750 n.e. zdecydowana większość ówczesnych Irańczyków, porzucając swój rdzenny zaratusztrianizm, przeszła na islam. Co ciekawe, masowa konwersja religijna nie pociągnęła za sobą arabizacji Persów, którzy kulturowo i językowo pozostali nadal sobą. Do pewnego stopnia tłumaczy to złożone stosunki między Iranem a państwami arabskimi położonymi w regionie. Ale też ukazuje, jak nieoczywistą i bogatą, złożoną etnicznie, kulturowo czy religijnie mozaiką pozostaje współczesny naród irański.

Fakt, że Iran jest społeczeństwem pluralistycznym o wysokim poziomie tolerancji religijnej, potwierdza choćby Confidential Country Team Report. Z tego raportu, który powstał w ambasadzie amerykańskiej w Teheranie 27 grudnia 1978 roku, dowiadujemy się między innymi, że „W kraju większość stanowi szyicki odłam islamu, ale istnieje tu długa tradycja tolerancji religijnej, która mniejszościom, takim jak chrześcijaństwo, judaizm, zoroastrianizm czy bahaityzm pozwala jawnie praktykować własną obrzędowość i brać udział w życiu publicznym”. A przecież autorów tej oceny trudno posądzać o jakąś szczególną proirańską stronniczość.

Skądinąd jest to jeden z kilku tysięcy dokumentów zniszczonych tuż przed szturmem na ambasadę w listopadzie 1979 i później pracowicie odtworzonych przez młodych Irańczyków, tak jak widać to w jednej ze scen filmu Operacja Argo w reżyserii Bena Afflecka. Pakiet tej zrekonstruowanej dokumentacji można znaleźć w sieci pod zabawną nazwą Dokumenty z amerykańskiej nory szpiegów. Tym bardziej żałosne wydają się próby wyręczania starożytnego narodu irańskiego w wyborze stosownej formy organizacyjnej własnego państwa. Zwłaszcza że idzie tu o całkiem nieadekwatne struktury, koncepty czy algorytmy rodem z obcej Persom kulturowo, a mentalnie chybionej ideologii demoliberalnej. W dodatku, idzie też o struktury władzy forsowane przez pewnych siebie i apodyktycznych funkcjonariuszy politycznych w rodzaju oficera, prawnika, byłego szefa CIA oraz eks-sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo.

Czaszka i piszczele jako droga do Persji

Iran dysponuje drugimi co do wielkości potwierdzonymi zasobami gazu ziemnego i czwartymi w skali świata zasobami ropy naftowej, co w epoce rewolucji przemysłowej powinno stać się jego zasadniczym atutem, a wychodzi na to, że okazało się przekleństwem… Zresztą węglowodory wcale nie wyczerpują listy bogactw naturalnych, także tych atrakcyjnych w erze postprzemysłowej spod znaku technologii hi-tech. Występują tu liczne rudy metali, surowce skalne przydatne w budownictwie – więc to naprawdę mógłby być kraj, w którym jego mieszkańcom nieźle się powodzi. Dlaczego zatem jest inaczej? Czy dlatego, że Iran jest państwem okrutnych szyickich ayatollachów, którzy nie dość że gnębią swych obywateli, zmuszając ich do życia w rygorze opresyjnego państwa wyznaniowego, to jeszcze wspierają wszelkie formy terroryzmu w regionie? Co więcej, ten bezwzględny reżim islamski dąży do wyprodukowania broni nuklearnej, zagrażając w ten sposób Państwu Izrael, które skądinąd taką właśnie bronią i to osiągniętą w sposób pozaprawny – przecież dysponuje.

Zachwiana logika? Naciągana argumentacja? Ależ tak, bo to tylko konsekwentna i dobrze zorkiestrowana propaganda Zachodu, która ma sprawić, by ewentualna bezprawna i bezzasadna napaść na starożytne państwo nie wzbudziła w świecie masowych protestów, ograniczając reakcje „przyzwoitych ludzi” do zdawkowego: trochę sobie Irańczycy na to zasłużyli. Że przesadzam?

W sporządzonym w Brookings Institution już w roku 2009 raporcie Którędy do Persji można przeczytać: „Jakakolwiek operacja militarna przeciwko Iranowi będzie źle postrzegana w świecie; wymaga więc odpowiedniego kontekstu międzynarodowego w celu zapewnienia logistycznego zaplecza takiej operacji oraz zabezpieczenia przed ewentualnymi reperkusjami. Najlepszym sposobem, żeby zminimalizować sprzeciw na arenie międzynarodowej oraz zmaksymalizować ilość wsparcia (nawet, gdyby miało być ono niechętne lub zawoalowane) jest uderzenie dopiero wówczas, gdy uda się już wzbudzić powszechne przeświadczenie, że Irańczykom zaoferowano porozumienie na bardzo dobrych warunkach, które zostały odrzucone”.

Nawet ten króciutki wyimek z raportu szanowanego think-tanku, z którego analiz chętnie korzystają obie wielkie partie amerykańskie, ukazuje dwa ważne aspekty: wysoką intelektualną jakość opracowania oraz czytelny brak powściągów, które płynęłyby z uwewnętrznionych kodeksów norm czy systemów wartości sankcjonowanych religijnie. Ot, czysty makiawelizm, czyli absolutyzacja zasady skuteczności przy realizacji arbitralnie zdefiniowanego interesu własnego. A zachowanie pozorów? Tak, ale tylko w przypadku, gdyby ujawnienie prawdziwych motywacji miało zagrozić realizacji przyjętej strategii.

Czy to może zdumiewać, zwłaszcza w zderzeniu z natrętną retoryką demoliberalnej propagandy? Owszem, ale tylko tych, którzy nie chcą pamiętać, że Blada Twarz ma dwa języki oraz nie znają faktycznych ścieżek kariery politycznej w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych. Cały system wtajemniczeń, rytów oraz ceremoniałów, począwszy od dyplomów właściwych szkół wyższych z kręgu tzw. bluszczowej ligi, przynależność do prestiżowych korporacji studenckich, ale także lóż i organizacji okołowolnomularskich, typu Czaszka i piszczele (ang. Skull and Bones), elitarnych klubów oraz rozmaitych stowarzyszeń weteranów – robi swoje. Już nawet o całą paletę służb specjalnych USA nie zatrącając.

Carter, Vance i męczeństwo arcybiskupa Romero

Wspominam o tym, by zaakcentować fakt, że oficjalne rewerencje najwyższych polityków amerykańskich wobec osób i zwierzchności duchownych najrozmaitszych Kościołów czy religii nie gwarantują żadnego wymiaru pionowego, lecz wyłącznie czysto zewnętrzne relacje dyplomatyczno-horyzontalne. W książce Dana Kovalika, z której przy pisaniu tego tekstu obficie korzystam, dobitnym dowodem na potwierdzenie powyższych słów jest sposób, w jaki prezydent Jimi Carter, postrzegany dość powszechnie w świecie jako chrześcijanin-baptysta, co więcej, również jako polityk-szermierz walczący o prawa człowieka, potraktował salwadorskiego arcybiskupa Oskara Romero.

Gdy arcybiskup San Salvador, stolicy Salwadoru, w dobrej wierze i z pełnym zaufaniem zwrócił się do Cartera z apelem o wstrzymanie finansowania przez rząd USA nader brutalnie (z udziałem szwadronów śmierci) rządzącej w Salwadorze junty, plantator z Georgii zlecił wystosowanie odpowiedzi na ten list sekretarzowi stanu Cyrusowi Vance’owi. Odpowiedź ta, zacytowana w książce razem z listem katolickiego arcybiskupa, dobrze ilustruje stopień wyrafinowania, swoiste poczucie wyższości oraz sporą dozę arogancji zmieszanej z hipokryzją, bardzo swoisty koktajl charakteryzujący górną półkę urzędników amerykańskiego państwa.

„Stany Zjednoczone nie zamierzają interweniować w wewnętrzne sprawy Salwadoru. Niemniej jednak jesteśmy niezwykle zaniepokojeni groźbą wybuchu wojny domowej, która mogłaby zaprzepaścić dobrobyt i stabilność całego regionu. Będziemy więc przychylać się do uzasadnionych próśb junty rządowej, aby móc dostarczać środki do zwalczania gospodarczej i społecznej niesprawiedliwości oraz promować szacunek dla instytucji demokratycznych oraz praw jednostki. (…) Niech Bóg udzieli Jego Świątobliwości mądrości i siły potrzebnej w wypełnianiu tego trudnego zadania” – brzmiały końcowe fragmenty odpowiedzi Vance’a. Trzy tygodnie później metropolita San Salvador już nie żył, zastrzelony podczas odprawiania Mszy świętej, w kaplicy szpitala pw. Opatrzności Bożej. Zleceniodawcą był Roberto D’Aubuisson, oficer wywiadu Gwardii Narodowej, organizatorem – Alvaro Saravia, były kapitan sił powietrznych Salwadoru, a wykonawcami członkowie salwadorskich szwadronów śmierci.

Autor Spisku przeciwko Iranowi z gorzką ironią komentuje sekwencję faktów, pisząc: „Biskup Romero nie rozumiał, że polityka zagraniczna USA nie kieruje się takimi ekstrawagancjami jak chrześcijaństwo, prawa człowieka, moralność czy nawet zwykła ludzka przyzwoitość. Jej siłą napędową jest pragnienie bogactwa i władzy, mimo wzniosłych deklaracji takich polityków jak prezydent Carter”.

O tym, że nominalnie chrześcijańscy liderzy w USA: działacze, politycy czy generałowie, przynależący do rozmaitych denominacji protestanckich bywają nieraz antykatoliccy pisał już wiele lat temu Vittorio Messori, wskazując na ideologiczny, lożowy wektor stojący za decyzją o mało zasadnym z wojskowego punktu widzenia ataku na starożytne opactwo benedyktyńskie na Monte Cassino. Warto te różne fragmenty mozaiki uwzględnić, żeby zrozumieć istotny, choć zwykle niedeklarowany wprost stosunek polityków USA na przykład do irańskich ayatollachów, nie mówiąc już o zwykłych mułłach.

Więzienie w 12. dzielnicy Teheranu

Dlaczego surowce energetyczne zamiast przyczynić się do bogactwa i pozycji Iranu w świecie stały się jego swoistym przekleństwem? Złą passę zapoczątkował chciwy i głupi, podobno też skorumpowany król Iranu, który w roku 1901 za 20 tysięcy funtów (około 2,7 mln funtów według relacji dzisiejszych) sprzedał prawo do eksploatacji irańskich złóż ropy, gazu ziemnego, naturalnego asfaltu i parafiny finansiście z Londynu nazwiskiem Wiliam Knox D’Arcy. W utworzonej w roku 1909 Anglo-Persian Oil Company (APOC), później przemianowanej na British Petroleum, rząd brytyjski wykupił 51 proc. udziałów. Koncesja Knoxa D’Arcy’ego rozciągała się na całe terytorium kraju z wyjątkiem pięciu prowincji w północnym Iranie. I została zawarta na 60 lat. Według umowy, tylko kilkanaście proc. zysku zostawało w Iranie, reszta przypadała Brytyjczykom. Kovalik pisze, że Persja dostawała 10 do 12 proc. rocznego dochodu, anglojęzyczna Wikipedia podaje, że to było 16 proc., ale nawet przyjmując wyższą wartość, zawarta umowa była dla perskiego państwa skrajnie niekorzystna. Tym bardziej że pracujących przy wydobyciu i w rafinerii Irańczyków traktowano, tak jak Brytyjczycy mieli to w zwyczaju: miejscowych źle opłacano i traktowano niczym jakiś gorszy rodzaj istot.

Reza Shah Pahlavi, ochotnik, żołnierz, a potem dowódca perskiej Brygady Kozackiej, osadzony na tronie przez Brytyjczyków w roku 1926, założył nową dynastię, odwołując się do terminu Pahlavi, będącego nazwą języka średnioperskiego, z czasów poprzedzających najazd arabski. Szacha Rezę śmiało można by nazwać dyktatorem-reformatorem. Inna rzecz, że czasy były szczególne, porewolucyjne, sprzyjające zmianom, a powszechna nędza i zacofanie perskiego państwa zdecydowanych reform z pewnością się domagały.

Reza Pahlavi scentralizował władzę i zmodernizował kraj: wprowadził jednolity podatek gruntowy, obowiązek służby wojskowej i rejestrację urodzin. Utworzył Bank Centralny, anulował dotychczasowe umowy międzypaństwowe, rozpoczął budowę dróg oraz kolei trans-irańskiej. Okcydentalizował społeczeństwo: mężczyznom nakazał przywdziać stroje zachodnie, kilka lat później zakazał kobietom noszenia chust. Przełomowym okazał się rok 1935: został utworzony uniwersytet w Teheranie, wydano też dekret dopuszczający kobiety do pracy w urzędach, bankach, w szkolnictwie, służbie zdrowia. Wtedy też Reza Shah ogłosił zmianę oficjalnej nazwy państwa, zwracając się przy tym do akredytowanych w Iranie dyplomatów z sugestią, aby jego kraj, zgodnie z rdzenną tradycją językową nazywać Państwem Ariów / Aryjczyków (Eran => Iran), a nie nadal Persją, czyli rodzajem przezwy, jaką przed wiekami obdarzyli Iran Grecy.

W zasadzie nowy władca Iranu powinien się wszelkim postępowcom, liberałom i modernizatorom podobać, ale o jego losach przesądziły zbytnie (w oczach Anglików i Rosjan) sympatie proniemieckie, których zresztą i w Wielkiej Brytanii nie brakowało. W latach 30. w Iranie pojawiło się wielu niemieckich specjalistów, zarówno takich potrzebnych przy budowie dróg i mostów, ale również obecność kadr Abwehry była znacząca. Ciekawostką pozostaje fakt, że nazistowscy fachowcy z Niemiec w 12. dzielnicy Teheranu zbudowali nowoczesne więzienie, przejęte w latach 1957–1979 przez osławiony SAVAK. W jednej z cel tego więzienia, teraz przekształconego w muzeum terroru, przetrzymywano oraz męczono zabitego niedawno w amerykańsko-izraelskim nalocie ayatollacha Alego Chameneia.

Kermit i metoda głodzenia niepokornych

Po ataku Sowietów i Brytyjczyków w roku 1941 Niemcy zostali z Iranu wyparci, Rezę Shaha zmuszono do abdykacji, a na tronie osadzono jego syna Mohammada Rezę Pahlaviego. Młody, zaledwie 22-letni szachinszach był początkowo niezdecydowany, skłonny do liberalizacji systemu rządów, ale po nieudanej próbie zamachu (w roku 1949) zmienił się, stwardniał. W tym czasie siły polityczne niezadowolone z porozumienia z Brytyjczykami zawartego w roku 1919, które nadawało Persji status na poły kolonialny, skupiły się wokół Mohammada Mosaddegha. Ten polityk, deputowany do Madżlisu, w którym ponownie zasiadał od roku 1944, domagał się zmiany niesprawiedliwego podziału zysków z Anglo-Iranian Oil Company (AIOC, wcześniej APOC). Mimo że zasiadał w komisji ds. ropy Brytyjczycy odmówili mu wglądu do ksiąg rachunkowych firmy, nie wyrazili też zgody na techniczne przeszkolenie personelu irańskiego w zakresie wydobycia ropy. W tej sytuacji Mosaddegh, już jako przewodniczący komisji, zaproponował podział zysków po połowie, co oczywiście również spotkało się z odmową.

Postrzegany przez Irańczyków jako osoba bezwzględnie uczciwa, działająca na rzecz dobra wspólnego, w połowie marca 1951 roku zdołał przeforsować w Madżlisie ustawę o nacjonalizacji przemysłu naftowego, którą 32-letni szachinszach podpisał. W sześć tygodni później Mohammad Mosaddegh był już premierem, który w pełni demokratyczny sposób i z wielkim poparciem społecznym doszedł do władzy. Ale to, co było dobre dla Irańczyków, nie mogło się spodobać Anglosasom. Ogłosili embargo na irańską ropę, zamknęli rafinerię w Abbadanie. Sytuacja w kraju, niemal całkowicie pozbawionym dochodów, stała się trudna. Metoda głodzenia niepokornych państw już wtedy weszła do rutynowego arsenału imperiów. W dodatku, wykupione przez Brytyjczyków miejscowe media zaczęły kampanię propagandową przeciw nowemu premierowi. W odwecie Mosaddegh zlikwidował brytyjską ambasadę, utrudniając w ten sposób działalność jej agentury w Teheranie.

Mocno osłabione po wojnie Imperium Brytyjskie zwróciło się o pomoc do Amerykanów, którzy na wojennym przeobrażaniu świata mocno się utuczyli. Churchillowi, za sprawą fałszywych oskarżeń Mosaddegha o sympatie prosowieckie, udało się namówić braci Dulles – Allen był szefem CIA, John sekretarzem Departamentu Stanu w administracji prezydenta-generała Eisenhowera – do udziału w operacji Ajax. Jej celem było obalenie za wszelką cenę, również metodami pozaprawnymi, rządu niepokornego premiera.

Operację przeprowadził, przy biernej postawie młodego szacha, niejaki Kermit Roosevelt, ówczesny szef delegatury CIA w Teheranie, a prywatnie wnuk prezydenta USA Theodore’a Roosevelta (nie mylić z Franklinem Delano!). Opis usunięcia prawdziwie demokratycznego premiera Iranu przez niegardzące żadnymi podłymi metodami służby wywiadowcze USA to bodaj najbardziej pasjonujące fragmenty pracy Kovalika. Przy czym, wcale nie myślę tu przebiegu samych zdarzeń, bo te są trywialne, przewidywalne i dość obrzydliwe, lecz raczej o poprzedzającej akcję analizie, tworzeniu alternatywnych scenariuszy i całej metalogistycznej otoczce. Referując tę operację, autor korzystał ze świeżo (w roku 2017) odtajnionych akt dokumentujących obieg pism, raportów i wymianę korespondencji delegatury CIA z własną centralą oraz z szefostwem ambasady, gdzie rezydowano. Opis tego, czego wówczas tam dokonano, oraz obecne lamenty Amerykanów na niedemokratyczny jakoby system władzy ayatollachów w Iranie to wymowny przykład hipokryzji w stopniu ekstremalnym.

Generał Hodges nie słyszał o SAVAK-u

Kilka dni temu generał Ben Hodges, były dowódca sił lądowych USA w Europie, w rozmowie z dziennikarzem Wirtualnej Polski powiedział między innymi:

„Byłem kadetem w 1979 roku, kiedy Irańczycy zajęli naszą ambasadę w Teheranie. Przez całe moje dorosłe życie zawodowe Iran był wrogiem. Wspierali terroryzm w całym regionie, zabili setki amerykańskich żołnierzy, grozili Izraelowi lub zabijali Izraelczyków. Zabili też tysiące własnych ludzi. Od dziesięcioleci są wyłącznie źródłem problemów. Oczywiście chciałbym, żeby ten reżim upadł, naprawdę nie jestem temu przeciwny. To jednak nie oznacza, że możesz po prostu wejść i robić, co ci się – do cholery – podoba”.

Ostatnie zdanie dowodzi, że Ben Hodges opowiada się po stronie zdrowego rozsądku. To może cieszyć. W całej rozmowie wypowiada jeszcze wiele innych opinii o różnym – według mojej oceny – stopniu trafności. Ale nie zamierzam tych wypowiedzi komentować ani z nimi polemizować. Chcę jedynie sformułować kilka pytań, które wydają mi się tutaj ważne. Czy generał Hodges może nie wiedzieć, dlaczego w listopadzie 1979 roku irańscy studenci wdarli się do ambasady USA w Teheranie? Czy nigdy się nie dowiedział o skrajnej niepopularności (to eufemizm!) Mohammada Rezy Pahlaviego wśród Irańczyków? Czy to możliwe, żeby nie słyszał o okrucieństwach funkcjonariuszy SAVAK-u, irańskich służb specjalnych utworzonych w roku 1957 przez CIA dla utrzymywania reżimu szachinszacha? Służb dobrze szkolonych również w zakresie wzmocnionych technik przesłuchań w siedzibie CIA w stanie Wirginia?

To przecież nie jest jakaś wiedza tajemna. Dean Henderson w swej książce Wielka ropa i jej bankierzy w Zatoce Perskiej (ang. Big Oil & Their Bankers in The Persian Gulf) pisze o tym wprost:

“W pobliżu Czterech Jeźdźców Apokalipsy (Exxon Mobil, Chevron Texaco, BP Amoco i Royal Dutch / Shell) zawsze można znaleźć CIA. Iran nie był tu wyjątkiem. W 1957 roku Kompania (jak wtajemniczeni pracownicy wywiadu nazywają CIA) stworzyła jednego ze swoich Frankensteinów – bezpardonową tajną policję podległą szachowi o nazwie SAVAK. Kermit Roosevelt, mózg przewrotu, który wytrącił z ręki władzę Mosaddeghowi, przyznał w swoim pamiętniku, że SAVAK to stuprocentowy wytwór CIA i Mosadu, wywiadu izraelskiego blisko współpracującego z CIA. Przez następne 20 lat CIA i SAVAK miały maszerować ramię w ramię, gdy chodziło o sprawy Zatoki Perskiej.

Trzystu pięćdziesięciu agentów SAVAK rokrocznie udawało się na przeszkolenie do McLean w Wirginii, gdzie zgłębiali tajniki sztuki przesłuchiwania i tortur. Sama wierchuszka była zaś szkolona przez Agencję Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID), za pomocą Programu Bezpieczeństwa Publicznego, zanim nie został on zamknięty w 1973 roku na skutek wiedzy o tym, jak pomaga się wybić światowemu terroryzmowi”.

Trzeba wybrać: Prezydent albo stand-uper

Na niespełna dwustu stronach Dan Kovalik pisze z sympatią o Iranie oraz z czytelną konfuzją przy ujawnianiu kolejnych amerykańskich propagandowych oszczerstw oraz wrogich operacji wywiadowczych (CIA), gospodarczych (sankcje, blokady) i politycznych przeciwko Iranowi, które to działania – jak się zakłada – miałyby wyciągnąć zdesperowanych ludzi na ulice i doprowadzić do antyrządowych zamieszek. Prezydent Trump już wprost głosi zamiar ustanowienia nowych władz irańskich podług swych wyobrażeń oraz politycznych kaprysów, najwyraźniej nie dostrzegając ośmieszającego potencjału tych poczynań. Kolejne pozbawione elementarnej spójności, wzajemnie sprzeczne groźby i oświadczenia nie poprawiają ani jego wizerunku osobistego, ani nie dodają powagi Stanom Zjednoczonym, ponoć aspirującym do samodzielnego przywództwa w świecie.

Politycy, liderzy opinii, eksperci są zdezorientowani. Część skłania się do przekonania, że Erec Israel to przydatna Stanom Zjednoczonym eksklawa na Bliskim Wschodzie, który to region – zasobny w złoża surowców energetycznych – pozostaje obszarem zainteresowania kolejnych ekip w Białym Domu. Natomiast inni, analizując niespójne, wciąż zmieniane oraz pozbawione głębszej racjonalności tłumaczenia powodów najnowszej napaści na Iran, są gotowi uznać, że to raczej Stany Zjednoczone są eksklawą Izraela w zachodniej hemisferze.

Tak choćby wybrzmiewa komentarz politologa dr. Wojciecha Szewki, który motywy obecnego ataku na Iran, skwitował krótko: „W moim głębokim przekonaniu powód tego ataku jest jeden. Iran to ostatni kraj, którego armia jest w stanie zagrozić państwu położonemu tam, gdzie chce”. Jakie by to jednak w istocie powody nie były – w świetle analiz nie stroniących od prawdy materialnej – ta nowa agresja na Iran pozostaje wojną napastniczą, niesprawiedliwą i nieuzasadnioną, co nieuchronnie pogłębia niepokój oraz poczucie zagrożonej stabilności ładu międzynarodowego. Albo – jeśli użyć innej retoryki – zasadniczo narusza geopolityczną równowagę między państwami, które aspirują do udziału w koncercie mocarstw. Quod libet.

Dan Kowalik, Spisek przeciwko Iranowi, czyli jak USA niszczą wolne państwo, Wektory, Wrocław 2020

10 marca 2026

Czytaj też:
Najgłupsza wojna XXI w.
Czytaj też:
To nie nasza wojna
Czytaj też:
Kremlowski szampan dla Trumpa

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także