Niechciane, bo polskie

Niechciane, bo polskie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Niechciane, bo polskie
Niechciane, bo polskie 

Dzisiaj w polityce uprawia się patriotyzm gospodarczy, promując rodzimych producentów i kupując ich produkty. Tylko nie w Polsce - pisze w najnowszym Do Rzeczy Jakub Kowalski.

-Tak naprawdę nie ma programu wspierania biznesu, brakuje pomyślunku w tym działaniu. Kompleks parweniuszy na salonach, którzy patrzą przez ramię sąsiadowi i zamawiają to samo, żeby uniknąć kompromitacji – tego nie da się łatwo wyplenić. Na razie więc wszystko, co europejskie, musi być lepsze. To, co polskie, jest gorsze.

A potem się pieklimy, że inni myślą o nas w ten sposób. Według wyliczeń „Pulsu Biznesu” ledwie kilkanaście procent firm operujących za granicą wykorzystuje pochodzenie w działaniach marketingowych, inne wręcz się tego wstydzą. Gdy Orlen wchodził na rynek niemiecki, dopiero zmiana szyldu na Star – aby nikt się nie zorientował, że to polska marka - zagwarantowała powodzenie.

Dlatego tak ważne jest pokazanie, że polnische Wirtschaft, nasze wytykane przez innych bałaganiarstwo i niegospodarność to tylko czarny PR, że polska żywność, polskie meble i jachty są najwyższej jakości. Jednak żeby komunikować coś na zewnątrz sami Polacy powinni uwierzyć, że dobre, bo polskie.

Z 10 największych polskich firm sześć to spółki zależne od państwa (PKO BP, PGE, KGHM, PZU, PKN Orlen, PGNiG); o trzech decydują zagraniczni właściciele (banki Pekao SA i BZ WBK, Telekomunikacja Polska). Jedyną polską prywatną spółką jest w tym zestawieniu Polkomtel, operator sieci Plus. I może to właśnie on mógłby próbować zaistnieć poza polskim rynkiem? Jednak – jak przyznaje właściciel Zygmunt Solorz-Żak w rozmowie z „Do Rzeczy” – jego konkurenci z pomocą rządów niemieckiego (T-Mobile) i francuskiego (Orange) konspirują, co uchodzi uwadze polskich władz. Jak mówić tu o ekspansji, gdy na własnym rynku Plusowi ledwo udaje się opierać mocarzom?

Polska jest jedynym krajem w Europie, którego rząd nie korzysta z usług krajowego operatora. Nie ma w Polsce czegoś takiego jak patriotyzm gospodarczy. W innych krajach rozumieją, że trzeba wspierać krajowy biznes. My już nawet nie chcemy tego wspierania, nam wystarczy równe traktowanie i niepreferowanie T-Mobile i Orange” – mówił dla „Do Rzeczy” Solorz-Żak.

Podczas największych na świecie międzynarodowych targów nowych technologii CeBIT, wiosną tego roku w Hanowerze ponad 4 tys. wystawców z ponad 70 krajów prezentowało swoje technologie i oferty handlowe. Oficjalne otwarcie imprezy dokonali kanclerz Merkel i premier Tusk, bo Polska była partnerem strategicznym wystawy. Szef rządu był pod wrażeniem polskiej rewolucji technologicznej. Razem z Merkel odwiedził też stoisko T-mobile, gdzie pozowali do zdjęć. Stoiska Polkontela nie zaszczycił swoją obecnością.

Pewnie dlatego, że choć Polkomtel jest polską firmą, a T-Mobile niemiecką, umowę na telefonię komórkową dla administracji rządowej podpisano z PTC SA, przemiano- waną później na T-Mobile Polska Spółka Akcyjna. W 2012 r., gdy zaczynała obo- wiązywać obustronna umowa, centralne zamówienie objęło 21,5 tys. telefonów ko- mórkowych dla 107 jednostek administracji państwowej i 633 podmiotów administracji. Do tego preferencyjne stawki za połączenia telefoniczne i internetowe. PTC (T-Mobile) zaproponowała 18,9 mln zł, Polkomtel (Plus) – 19,1 mln, PKT Centertel (Orange) – ponad 24 mln. Wygrał kapitał niemiecki, Plus dostał minus.

Prezes Kaczyński wytykał premierowi Tuskowi, że zamiast sprowadzać włoskie Pendolino, można było zlecić wykonanie szybkiego pociągu zakładom PESA SA z Bydgoszczy, które produkują tabor ko- lejowy. PKP InterCity podpisały kontrakt z francuskim koncernem Alstom o wartości 665 mln euro na 20 pociągów, budowę zaplecza technicznego i obsługę techniczną przez 17 lat. Koszt samych składów to około 400 mln euro. Czy PESA SA mogłaby zaoferować to taniej? Nikt o to nie pytał. A szkoda, bo PESA potrafi. Właśnie podpisała umowę z Deutsche Bahn i dostarczy dziewięć spalinowych zespołów trakcyjnych o wartości około 180 mln zł do obsługi trasy Berlin – Kostrzyn Wielkopolski.

Szkoda tych zmarnowanych szans, ale ta władza gubi się nawet w drobiazgach. Premier Tusk za pieniądze podatników kupował sobie garnitury Ermenegildo Zegny. „Chcę, aby polski premier nie wyglądał gorzej niż inni premierzy w Europie” – mówił i miał rację, choć zakupy mogły być zrobione w polskiej, a nie włoskiej firmie.

Czemu premier nie zostawił pieniędzy podatników w kasach Próchnika, Bytomia czy Vistuli? Czemu na komplement kanclerz Merkel, że dobrze wygląda, nie miałby pochwalić się Zieniem czy Kupiszem?

Na szczęście jest okoliczność łagodząca: Tusk po boisku biegał z Lotosem na piersi, nie tak jak przed laty jego doradca i ekspremier Jan Krzysztof Bielecki z niemieckim Müller Milch. (...)

Cały artykuł dostępny w 40. wydaniu Do Rzeczy.

Czytaj także