Ukraina i Christianitas: nadzieje i złudzenia
  • Marek JurekAutor:Marek Jurek

Ukraina i Christianitas: nadzieje i złudzenia

Dodano: 
Flaga Ukrainy na budynku Charkowskiej Obwodowej Administracji Państwowej
Flaga Ukrainy na budynku Charkowskiej Obwodowej Administracji Państwowej Źródło: UNIAN / Fot.: Marienko Andri
Wojny zawsze zmieniają świat. Oddziałując na przebieg zmagań, już dziś należy zastanawiać się, jak wojna Ukrainy z Rosją wpłynie na kształt Europy, polityczny i kulturowy. Nadzieje budowane na solidarności polsko-ukraińskiej w obliczu rosyjskiego najazdu zainspirowały nawet do snucia wizji unii obu naszych państw. Ostudził je niedawno ambasador Andrij Melnyk.

Z kolei perspektywa wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej mrożąco wpływa na Niemców i Francję. Niezależnie bowiem od finansowych kosztów integracji oznaczałaby – z punktu widzenia niemiecko- -francuskiego tandemu – demograficzną i polityczną destabilizację Unii, radykalne zmniejszenie jej „sterowności”. Z tych obaw unijnego establishmentu niektórzy wyprowadzają wniosek, że jeśli Ukraina znalazłaby się jednak w Unii, to mogłaby poważnie wzmocnić opinię chrześcijańską w Europie, tym samym przyczyniając się do powstrzymania dekadencji naszej cywilizacji. Niezależnie od teoretycznego charakteru tej perspektywy – warto poważnie rozważyć jej realność choćby z tego względu, że Ukraina jest przecież członkiem Rady Europy.

Już to słyszeliśmy

Każdy to chyba pamięta. Takie nadzieje, a nawet program formułowano już 20 lat temu w związku z przygotowywanym włączeniem Polski do unijnych struktur. Najdobitniej sformułował je św. Jan Paweł II 18 maja 2003 r., w czasie kanonizacji abp. Pelczara i matki Ledóchowskiej w Rzymie: „Wejście w struktury Unii Europejskiej, na równych prawach z innymi państwami, jest dla naszego narodu i bratnich narodów słowiańskich wyrazem jakiejś dziejowej sprawiedliwości […]. Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha […], te kraje mają do spełnienia ważną misję na Starym Kontynencie […] od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej!”.

W tej wizji Polska, wspierana przez inne narody Europy Środkowej, miała spełnić teraz tę samą rolę wobec Europy Zachodniej, co niegdyś wobec wschodniej, poprzez dynastyczną unię z Litwą i kościelną z Rusią. Dzieląc się swą suwerennością – podzielić miała się swymi wartościami. Politycy do tej wizji „spełnienia ważnej misji” nawiązywali chętnie, jednak nie po to, aby zmieniać Unię, ale by przekonać Polaków, że Unia zmieni się sama.

Tymczasem Jan Paweł II zakładał co innego. W art. 7 adhortacji „Ecclesia in Europa” (ogłoszonej miesiąc po zacytowanym przemówieniu) pisał, że ma dziś miejsce próba „nadania Europie oblicza wykluczającego dziedzictwo religijne, a w szczególności głęboką duszę chrześcijańską, przez stanowienie praw dla tworzących ją ludów, w oderwaniu od ich życiodajnego źródła, jakim jest chrześcijaństwo”. Ojcu Świętemu nie chodziło więc o odwrócenie anonimowego procesu społecznego, zamianę kulturowego „klimatu”, ale o powstrzymanie „stanowienia praw” niszczących chrześcijańską duszę Europy. Nadzieje te pogrzebano razem z papieżem.

W czasie negocjacji traktatu lizbońskiego Polska nie domagała się ani klauzul o szacunku Unii dla życia chrześcijańskiego narodów Europy, ani wpisania praw rodziny do katalogu wartości unijnych. Władze Rzeczypospolitej nawet nie rozważały realnych działań politycznych na rzecz praw opinii chrześcijańskiej w Unii Europejskiej, żyły jedynie złudnymi marzeniami o dobrym miejscu przy liberalnym stole. W imię tego zgodziły się na włączenie do katalogu „wartości” Unii Europejskiej (w zmodyfikowanym art. 2 traktatu UE) nieokreślonych „mniejszości” i równie nieokreślonej „niedyskryminacji”.

Całość dostępna jest w 28/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także