Zamach na sieć energetyczną z 3 stycznia 2026 r. przeprowadzono wprawdzie w Berlinie, ale uderzył on w całe Niemcy. Od tej pory, przynajmniej na jakiś czas, mieszkańcy tego kraju pozbędą się iluzji, że państwo gwarantuje im bezgraniczne bezpieczeństwo. Dostrzegą, że ta gwarancja to mrzonka. Do następnego wydarzenia, które wyrwie ich z błogiego snu.
Dzisiaj nawet marzyciele wiedzą, że nastąpi ono wcześniej, niż im to miłe. A nawet znacznie wcześniej. I może okazać się ono bardziej dotkliwe niż owego 3 stycznia 2026 r., kiedy to 100 tys. Berlińczyków, 45 tys. mieszkań i 2 tys. firm zostało bez prądu, ogrzewania, telefonu. Ci lepiej sytuowani przenieśli się z dzielnic dotkniętych klęską do hoteli w dzielnicach, które jej uniknęły. Władze Berlina są gotowe przejąć hotelowe rachunki dla uchodźców z południowo-zachodnich dzielnic, gdzie zgasło życie – przestały działać telefony stacjonarne, zamilkły komórki, wyłączono ogrzewanie. Prąd to nie tylko światło zastępujące łuczywo. I to wszystko przy wielostopniowym mrozie, mimo że planeta płonie.
Boleśnie uderzyć w społeczeństwo
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
