Czasami jest nim po prostu kolportowanie partyjnego przekazu, czasami inne elementy bieżącej politycznej taktyki, autoreklama, wskazanie na problem kłopotliwy dla oponentów. Oczywiście bywa i tak, że ten cel jest realizowany tak nieumiejętnie, że wypowiedź odnosi skutek zgoła przeciwny do zamierzonego.
Jest grupa polityków, do której zaliczają się prezydent, premier, szef MSZ, marszałek Sejmu – których wypowiedzi dotyczące spraw międzynarodowych są szczególnie uważnie obserwowane także za granicą. Założenie, być może nadmiernie optymistyczne, jest w ich wypadku takie, iż wypowiadane słowa są przemyślane i mają służyć osiągnięciu określonych celów, nawet nie tylko przez konkretnego polityka czy jego formację, ale przez polskie państwo. Skrajnie antytrumpowskie wypowiedzi pana marszałka Cimoszewicza czy w przeszłości pana Donalda Tuska są dobrym przykładem tego, jak ta grupa osób powinna uważać na każde słowo.
Uwzględniwszy to wszystko, można zadać sobie pytanie, co mianowicie chciał osiągnąć pan prezydent Nawrocki, wygłaszając podczas obchodów rocznicy swojego urzędowania słowa następujące:
[…] interesem Polski jest to, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy radzili sobie jak najlepiej z postsowiecką Federacją Rosyjską, jak najdalej ich trzymali od Polski; to oczywiste, taka jest strategia państwa polskiego. Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli. W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
