Niedawno Konfederacja zorganizowała w Sejmie konferencję pt. "Polityka demograficzna dziś i jutro". Podczas marcowego padł pomysł, aby "model kształcenia kobiet powinien być dostosowany do ich cyklu rozrodczego".
"Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mielibyśmy system edukacji dostosowywać w szczególny sposób do dziewczynek. Warto po prostu wspierać wybory kobiet i młodych rodziców w zakresie zakładania rodziny. Kobiecie trzeba dać wybór, aby wiedziała, że może zdecydować się na założenie rodziny i wtedy państwo będzie stało za nią murem, pomoże jej szybko wrócić do pracy albo na przykład ułatwi dostęp do tanich mieszkań na wynajem" – oburzyła się w rozmowie z "Faktem" Katarzyna Kotula z Lewicy.
Edukacja niedostosowana do biologii
Głos zabrała dr Paula Szydłowska, politolog z Uniwersytetu Ignatianum w Krakowie, która przedstawiła pomysł podczas konferencji. – W moim wystąpieniu chciałam zwrócić uwagę na ważny problem, często pomijany w rozmowie o niżu demograficznym. Mianowicie to, że wiele młodych osób w Polsce coraz to później są w stanie się samodzielnie utrzymać, a w rezultacie zacząć myśleć o założeniu rodziny. W naszym obecnym systemie edukacyjnym zazwyczaj kończymy studia w wieku 25 lat. Dla porównania w Wielkiej Brytanii, mając zaledwie 21 lat, zdobywa się już odpowiednik polskiego licencjatu, po którym spokojnie można rozpocząć godnie płatną pracę zawodową – wyjaśnia w rozmowie z "Faktem".
Co dokładnie znaczy "dostosowanie systemu edukacji do cyklu rozrodczego kobiet"? – Myślę, że ten zwrot wyciągnięty z kontekstu całej wypowiedzi mógł niefortunnie sugerować inne przesłanie niż to zamierzone. Miałam na myśli tylko, że warto skrócić czas trwania studiów oraz skupić się na przekazaniu przydatnej wiedzy i umiejętności, żeby nie trzeba było jeszcze parę lat po studiach nadrabiać na szkoleniach i stażach. Wydłużony czas nauki nie ma większych negatywnych skutków dla mężczyzn pod kątem płodności, dla kobiet już może mieć. Absolutnie nie powielam lansowanego w mediach społecznościowych modelu "tradwife", gdy to kobiety mają rezygnować ze studiów i kariery na rzecz rodzenia dzieci. Wręcz przeciwnie – w swojej pracy badawczej zastanawiam się nad tym, jak reformować szkolnictwo wyższe, aby ci, którzy chcą mieć dzieci, nie musieli rezygnować z rozwoju intelektualnego i zawodowego na rzecz ich posiadania – podkreśla politolog.
Konkretne propozycje
Szydłowska prezentuje kilka postulatów. Uważa, że "studia powinny być tak skonstruowane, aby szybko i sprawnie przygotowywały młode osoby do podjęcia wybranego przez siebie zawodu i żeby nie utrudniały im możliwości założenia rodziny". "Młodzi ludzie powinni móc wcześniej wejść na rynek pracy i chodzi tu nie o pracę dorywczą, ale taką, z której mogą utrzymać siebie i ewentualne dzieci. Można więc się zastanowić nad wcześniejszą maturą (w wieku 17 lub 18 lat) i skróceniem trwania studiów magisterskich z 5 do 3 lat" – zauważa. Według rozmówczyni "Faktu", "studia powinny skupiać się na konkretnej i użytecznej wiedzy, bez dodatkowych wymogów, np. filozofii czy języka obcego, jeśli nie jest to potrzebne na konkretnym kierunku". Proponuje, że "można wydłużyć rok akademicki do 10 lub 11 miesięcy, unikając trzymiesięcznej przerwy". Pomysłem jest też te, że dla osób chętnych można wprowadzić etapowe studiowanie przeplatane pracą zarobkową oraz wychowaniem dzieci.
