Na moim dziecięcym placu zabaw krzyczało się kiedyś: „Pobite gary!”. To dawne powiedzenie podwórkowe oznaczało koniec zabawy, a jednocześnie swoisty protest z powodu łamania zasad w trakcie zabawy w chowanego lub w berka.
W wypadku sporu o przyczyny odejścia grupy Mateusza Morawieckiego z Prawa i Sprawiedliwości obie strony konfliktu krzyczały: „Pobite gary!”. I obie od dawna były przygotowane mentalnie na rozejście się. Oczywiście nie wszyscy, ale po obu stronach byli zagończycy, którzy stali na stanowisku, że lepiej się rozejść, niż wzajemnie się kłócić. I była też duża grupa, która do tego rozejścia próbowała nie dopuścić. Z jednej strony sam Morawiecki równolegle do swoich, przyznajmy, sporych ambicji wolał raczej zostać w partii i czekać na sukcesję po Jarosławie Kaczyńskim, niż iść na swoje. Ale z drugiej strony byli też wśród jego „harcerzy” ci, którzy od dawna argumentowali, że trzeba zacząć jakiś nowy rozdział na własny rachunek. A w wypadku PiS frakcja „maślarzy”, na czele z Jackiem Sasinem, Patrykiem Jakim i Tobiaszem Bocheńskim, od paru lat reagowała na Morawieckiego – delikatnie mówiąc – bardzo źle.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
