KrajZaskoczeni polscy politycy

Zaskoczeni polscy politycy

Dodano

W tym roku nie tylko lato jest wyjątkowo deszczowe. Wydaje się, że również coraz bardziej chmurzy się całkiem inny horyzont – ten dokoła Polski. Można mieć co najmniej kilka powodów do obaw.

Pierwszym jest oczywiście Brexit i jego możliwe konsekwencje. O ile trudno przewidzieć jego znaczenie dla rozwoju sytuacji gospodarczej, o tyle trudno mieć wątpliwości co do skutków politycznych dla Polski. Jeszcze kilka miesięcy temu, przypomnę, w swoim wystąpieniu w Sejmie obecny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski wskazywał, że sojusz z Londynem jest jednym z filarów prowadzenia skutecznej polityki w Unii. Dzisiaj w oczywisty sposób po Londynie pozostała próżnia i nie bardzo wiadomo, jak ją wypełnić.

Nie mniejsze obawy musi budzić osobliwe zbliżenie Moskwy i Ankary, czego symbolicznym przejawem było spotkanie prezydentów Recepa Erdoğana i Władimira Putina w Petersburgu. Nawet jeśli mają rację ci eksperci, którzy sądzą, że Turcja używa Rosji po to, by podbić swoją wartość w relacjach z Zachodem, to trzeba przyznać, że wymiana wzajemnych karesów musi budzić niepokój. W końcu płyną one z ust (mój przyjaciel Władimir) szefa państwa dysponującego drugą największą armią NATO.

Im bardziej niedemokratycznych i ostrych środków użyje Erdoğan do rozprawy z puczystami i opozycją, tym bardziej będzie zależny od rosyjskiego poparcia. I tym większym problemem będzie tak dla Unii, jak i USA, bo ma w ręku poważne atuty. Turcja w każdej chwili może uruchomić strumień (rzekę raczej) imigrantów, którzy zaleją Zachód. Tak jak w przypadku Wielkiej Brytanii na rozwój sytuacji nad Bosforem polska polityka była najwyraźniej nieprzygotowana. Jeszcze w kwietniu, podczas wizyty w Ankarze, minister Waszczykowski wyrażał nadzieję, że wkrótce Turcja będzie członkiem UE, podobnie namawiał Ankarę do sojuszu w walce z rosyjskim imperializmem. Wygląda na to, że polscy dyplomaci błędnie oceniali intencje i cele Erdoğana.

Trzecim nowym faktem jest zmiana w relacjach z Ukrainą. Mimo tego, że większość przedstawicieli polskich elit od miesięcy wspierała niepodległościowe dążenia tej ostatniej, że dwoiła się i troiła, aby wyrażać dla Kijowa poparcie, nic w zamian nie żądając i nie stawiając żadnych warunków, efekty tej działalności są nad wyraz mizerne. W odpowiedzi zapewne na polską uchwałę sejmową przypominającą prawdę o ludobójstwie na Wołyniu pojawił się projekt ukraiński, w absurdalny sposób oskarżający polskie państwo o wieloletnie ludobójstwo na Ukraińcach. Być może to tylko wybryk jednego z posłów, jednak nie słyszałem o jego zdecydowanym potępieniu przez ukraińskich polityków. Podobnie trudno nie dostrzegać wielu innych niepokojących sygnałów, które świadczą o odradzaniu się nad Dniestrem tradycji banderowskiej. Jedyna pociecha jest taka, że do niektórych dotrze wreszcie prosta prawda, iż nie każdy rodzaj ukraińskiej niepodległości musi być dla Polski korzystny.

Czwarta rzecz wreszcie to wynik kampanii prezydenckiej w USA. Nie ma chyba wątpliwości, że z punktu widzenia polskiej polityki zagranicznej zarówno wybór Donalda Trumpa, jak i Hillary Clinton pociąga za sobą masę całkiem niemiłych skutków. Ten pierwszy zachowuje się tak, jakby już zawarł porozumienie z Putinem i zaakceptował jego agresywną politykę, ta druga, można się spodziewać, będzie prowadzić politykę skrajnie ideologiczną, podporządkowaną różnym lewackim hasłom, co oznaczać będzie coraz silniejszą presję na Polskę.

Wszystkie te zmiany albo już się dokonały, albo właśnie do nich dochodzi. Biorąc pod uwagę to, jak często polscy politycy mówią o zaskoczeniu, mam wrażenie, że nie są do nich przygotowani i, na razie, nie potrafią przedstawić spójnej odpowiedzi. A czas, szczególnie co się tyczy spraw międzynarodowych, ucieka szybko.

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 33/2016
Cały wywiad opublikowany jest w 33/2016 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ dtc
 0

Czytaj także